Anders musiał ewakuować z Rosji żołnierzy i cywilów

W wypowiedzi dla onet.pl Kacper Śledziński – autor książki „Wyklęta Armia” mówi: „Anders musiał ewakuować polskich żołnierzy i cywilów, bo inaczej umieraliby z głodu. Sama wiadomość o amnestii często nie była nawet przedsionkiem wolności. Ci ludzie, którzy zdołali dotrzeć do miejsc koncentracji polskiego wojska, mogli mówić o pewnym szczęściu. Nad formującymi się oddziałami „wisiała” świadomość, że dostawy broni, wyposażenia, odzieży i przede wszystkim żywności zależą od Moskwy – a ta robiła wszystko, aby to wsparcie ograniczać „. Poniżej pełna treść:

Chciałem napisać przekrojową historię Armii Andersa. To było trudne wyzwanie – mówi Kacper Śledziński o swojej książce „Wyklęta Armia”. Książka opisuje nie tylko tułaczkę Armii Andersa, ale również tragiczny los polskich cywilów, którzy jej towarzyszyli Żołnierze Andersa pod koniec wojny bili się już nie o wolną Polskę, ale o pobicie Niemców u boku aliantów.

Kacper Śledziński – absolwent historii na Uniwersytecie Jagiellońskim, autor książek popularnonaukowych, dotyczących głównie dokonań polskich oddziałów i żołnierzy podczas II wojny światowej, m.in. „Cichociemni. Elita polskiej dywersji” oraz „Tankiści. Prawdziwa historia czterech pancernych”. Jego „Czarna Kawaleria. Bojowy szlak pancernych Maczka” (2011) była nominowana do tytułu Książki Historycznej Roku. Nakładem wydawnictwa Znak Horyzont ukazała się właśnie jego najnowsza książka: „Wyklęta Armia. Odyseja żołnierzy Andersa”.

Przed sięgnięciem po „Wyklętą Armię” byłem niemal przekonany, że przynajmniej po 1989 roku syntetyczną historię Armii Andersa ktoś już przed panem zdążył spisać. A potem się zorientowałem się, że jednak nie.

Rzeczywiście te książki o Armii Andersa, z którymi sam miałem do czynienia, opisywały jej historię może nie wybiórczo, ale też nie najszerzej jak się dało. Z reguły te opowieści zaczynają się latem 1941 roku, kiedy generał Anders wychodzi z sowieckiego więzienia i przystępuje do tworzenia armii, natomiast ich punktem kulminacyjnym są walki o Monte Cassino.

Z mojego punktu widzenia ta historia ani się nie zaczyna latem 1941 roku, ani nie kończy w połowie 1944, choćby z uwagi na dalsze zaangażowanie Polaków na froncie włoskim właściwie do końca wojny.

Chodzi tylko o czasowe cezury?

Również o potrzebę przekrojowości – taką jak choćby u Normana Daviesa w „Powstaniu ’44”. Ta książka była dla mnie zresztą pewnym punktem odniesienia. Jednocześnie teraz już doskonale rozumiem, dlaczego przedstawienie historii Armii Andersa w sposób właśnie przekrojowy to wyzwanie tak trudne. Być może to wyjaśnia, dlaczego tak długo się za to nie zabierano. Z dostępnością źródeł, w tym także osobistych świadectw, problemu nie ma.
Jeśli już, to z nadmiarem. W efekcie okazało się, że wielu ciekawych wątków nie mogłem w takiej książce wyeksponować należycie szeroko. Choćby działań polskich komandosów – ale może w przyszłości powstanie z tego osobna publikacja.

„Wyklęta armia” ma tak czy inaczej ten walor, że nie prześlizguje się po dramatycznych losach polskich cywilów. Ich los był nierozerwalnie związany z losami Armii Andersa. Pamiętajmy, że po podzieleniu Polski między Hitlera i Stalina Sowieci nie tylko wzięli do niewoli kilkadziesiąt tysięcy polskich oficerów i żołnierzy, ale także – po zagarnięciu tzw. Zachodniej Ukrainy i Białorusi – przeprowadzili cztery wielkie deportacje polskiej ludności w głąb ZSRS. Całe rodziny trafiały do kołchozów i łagrów.

Tak naprawdę nie wiemy, o jakiej liczbie mówimy. Starsze opracowania mówią o 1-1,5 mln ludzi, nowsze obniżają tę liczbę do „zaledwie” 500 tys. Nie sposób ustalić, ilu cywilów wywieziono. Bo wielu deportowanych umarło podczas długiej drogi na Syberię, a NKWD u celu podróży raczej nie sprawdzało, czy z pociągu wysiada tylu ludzi, ilu do niego wsiadło. Należy też pamiętać, że oprócz planowanych wywózek cały czas trwały aresztowania oraz przymusowy pobór do armii sowieckiej. Szacuje się, że w ich wyniku w głąb ZSRS przesiedlono kolejne 200 tys. ludzi.

To, że w kwestii tych liczb mamy do czynienia z rozbieżnościami sięgającymi dziesiątek tysięcy, nie wynika z nierzetelności badaczy, tylko z braku danych. W tej licytacji liczbami trudno o dokładne szacunki. Wiemy natomiast, jaką liczbę ludzi objęła sowiecka amnestia – niemal 400 tysięcy, przy czym nie uwzględniono w niej obywateli polskich narodowości ukraińskiej, białoruskiej i żydowskiej. O ich zwolnienie generał Anders musiał walczyć. Z tej grupy ok. 11 tys. zdołano ewakuować do Iranu.

Pokazuje pan losy cywilów związanych z Armią Andersa na przykładzie Krystyny Skwarko i jej rodziny. To postać stanowczo zbyt mało znana – może pan uzasadnić ten wybór?

Krystyna Skwarko przed wojną mieszkała z rodziną na Podlasiu. Sowieci najpierw wywieźli jej męża, a potem na Syberię została deportowana ona sama wraz z dziećmi. To było dosłownie kilka tygodni przed atakiem Rzeszy na ZSRS, więc w kołchozie w Kraju Krasnojarskim rodzina przebywała stosunkowo krótko, natomiast istotne jest to, że już po zwolnieniu i przedostaniu się do Uzbekistanu Skwarko zaczęła się opiekować polskimi sierotami.
Miejsc, w których taką opiekę organizowano, nie nazywano sierocińcami, ale w istocie nimi były. Pod opiekę Skwarko zaczęły trafiać dzieci, które w niewoli straciły jedno lub dwoje rodziców; głodne, chore i osłabione, często nie znające własnego imienia, nie mówiąc o nazwisku. Na szczęście ponad setkę dzieci, które znajdowały się pod opieką Skwarko, udało się ewakuować do Iranu. Jej podopiecznych przybywało, a ona zajmowała się m.in. organizowaniem dla nich nauki szkolnej. Niektóre miały szczęście odnaleźć rodziców, jednak z większością – a także z własną rodziną – Skwarko wyjechała do Nowej Zelandii po tym, jak zaprosił polskie dzieci tamtejszy premier.

Myślę, że Krystyna Skwarko to jest postać przykładowa – pozwoliła mi pokazać na bazie jednej historii rodzinnej to, co w dziejach Armii Andersa bywa pozostawiane na drugim planie, czyli właśnie tragiczny los kobiet; matek i ich dzieci.

Wiemy mniej więcej, ilu polskich cywilów zdołało się ewakuować z „domu niewoli” razem z Armią Andersa – a ilu ich zostało?

Są szacunki wskazujące na 280 tys., ale zapewne ta liczba jest wyższa. To oznacza, że znacząca większość Polaków, którym amnestia 1941 r. dała nadzieję na wyjazd z ZSRS, nie doczekała się wolności. Nie było też szans, aby wydostali się ze Związku Sowieckiego później, razem z wojskiem Berlinga – ten, w przeciwieństwie do Andersa, nie był tym zainteresowany, a i Stalin nie zamierzał już na to pozwolić, bo z pewnością traktował Polaków pozostałych w ZSRS jako zakładników lojalności armii „ludowej”.

Wróćmy do lata 1941 r. Zostaje podpisany układ Sikorski-Majski, generał Anders zostaje zwolniony z sowieckiego więzienia, tysiące uwięzionych żołnierzy i cywilów obejmuje amnestia. Jak się o niej dowiadują?

Niektórzy z gazet i formalnych ogłoszeń, ale wieść o amnestii częściej rozchodziła się ustnie, od obozu do obozu. Często decydował przypadek, bo zdarzało się, że Sowieci niby o amnestii informowali, ale w taki sposób, żeby zainteresowani się o niej nie dowiedzieli.

Ryszard Kaczorowski – późniejszy prezydent na emigracji – był więźniem w „dolinie śmierci” na Kołymie. O amnestii dowiedział się z tablicy z ogłoszeniami łagrowymi. Podobnie jeden z głównych bohaterów mojej książki, Zbigniew Lewicki, który już wtedy był wycieńczony pracą i głodem. Kolejnych paru miesięcy raczej by nie przeżył.

I dla żołnierzy, i dla cywilów okres po ogłoszeniu amnestii był czasem zawieszenia między wolnością a niewolą.
Sama wiadomość o amnestii często nie była nawet przedsionkiem wolności, bo bywało, że oficerowie NKWD nie chcieli wypuścić amnestionowanych Polaków z obozu. Znalazłem historię grupy sióstr zakonnych, które znalazły się w takiej sytuacji i zaryzykowały poruszenie tej sprawy, kiedy w obozie odbywała się inspekcja. Zostały zwolnione dopiero po interwencji z góry.

Jest zrozumiałe, że ludzie starali się wydostać z obozów czy więzień jak najszybciej – informacja o amnestii przyszła przecież nagle i powszechna była obawa, że „komuś coś się odwidzi”. Po zwolnieniu trzeba się było jeszcze dostać do rejonów koncentracji polskiego wojska, tymczasem Sowieci nie robili zbyt wiele, aby w tym pomóc – a wręcz to utrudniali. Pociągi z polskimi żołnierzami i cywilami stały np. na bocznicach całymi dniami, w skrajnych przypadkach: tygodniami. Ludzie w tej drodze cierpieli głód, zimno i pragnienie. Umierali od chorób i z wycieńczenia.

Ci, którzy zdołali dotrzeć do Buzułuku i innych miejsc koncentracji, mogli mówić o pewnym szczęściu. Przy czym przez cały czas nad formującymi się oddziałami „wisiała” świadomość, że dostawy broni, wyposażenia, odzieży i przede wszystkim żywności zależą od Moskwy – a ta, formalnie trzymając się zobowiązań sojuszniczych, robiła wszystko, aby to wsparcie ograniczać.

Punkty koncentracji Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR natychmiast zaczęły „obrastać” cywilami – czy generał Anders zdawał sobie sprawę z tego, jaką to zjawisko przybierze skalę?

W pierwszych dniach tworzenia armii nie tylko on nie miał tej świadomości, ale i żaden z jego oficerów. Anders do pewnego momentu w ogóle niewiele wiedział – przecież w więzieniu był praktycznie odcięty od informacji, o ataku Rzeszy na Europę Zachodnią dowiedział się dopiero wiosną 1941 roku. Po wyjściu na wolność dosłownie musiał się dokształcić w kwestii tego, co się „dzieje w świecie”.

Były takie luki informacyjne, których nie sposób było uzupełnić. Anders czekał na przykład, aż z niewoli wróci major Sołtan – znakomity oficer, który był szefem jego sztabu w brygadzie kawalerii. Ale Sołtan nie pojawił się ani 1941 roku, ani w następnym, a z czasem okazało się, że nie jest to przypadek odosobniony: brakowało tysięcy oficerów i nikt nie miał pojęcia, co się z nimi stało. Ich poszukiwania prowadził rotmistrz Józef Czapski, a Sowieci oczywiście kluczyli i kłamali. Te braki zapełniono tymczasem oficerami ściągniętymi z Wielkiej Brytanii. Na wyjaśnienie tej zagadki trzeba było czekać aż do 1943 r., kiedy Niemcy poinformowali o odkryciu grobów w Katyniu.

Anders w 1941 roku nie miał pojęcia, ilu żołnierzy znajdzie się w jego oddziałach – plan zakładał stworzenie dwóch dywizji, ale rzeczywistość to zweryfikowała. Jeszcze w 1944 r. 2. Korpus Polski miał być liczebnie słabszy niż wskazywałaby na to jego organizacja „na papierze”. Tym bardziej Anders na samym początku tej drogi nie miał prawa wiedzieć, ilu zwolnionych cywilów dołączy do jego wojska na terenie ZSRS.

Dlaczego sprawa ewakuacji ludności cywilnej z ZSRS wraz z wojskiem stała się przedmiotem konfliktu między Andersem a ambasadorem Stanisławem Kotem?
Był to element szerszego sporu Andersa z premierem Sikorskim. Kot rozumował bardziej kategoriami wielkiej polityki – z jego punktu widzenia obecność i organizacja polskich żołnierzy i cywilów w ZSRS była początkiem ich „drogi powrotnej” do Polski. Z kolei Anders – mając za sobą służbę w armii carskiej i sowieckie więzienie – znacznie lepiej potrafił odczytać, co się kryje ze nastawieniem Sowietów i za trudnościami, które mnożyli na każdym kroku.
Istotne było oczywiście to, że obcinali limity racji żywnościowych. Ludzi było coraz więcej, a żywności dla nich coraz mniej. Żołnierze byli tak niedożywieni, że z początku traktowano ćwiczenia wymagane regulaminem z pewnym przymrużeniem oka, a zdarzały się przypadki, że ludzie nie byli w stanie im podołać. Wówczas ćwiczenia anulowano.

Kiedy oni zaczęli na powrót „wyglądać jak żołnierze”?

Właściwie dopiero w Iraku i Palestynie. To była oczywiście kwestia codziennego odzyskiwania sił po prostu dzięki lepszemu odżywianiu – zapewniali je już wtedy Brytyjczycy. Ale chodziło również o odzyskanie pewnej równowagi psychicznej, co nie było łatwe po miesiącach czy latach niepewności i lęku o los własny oraz najbliższych.

Śmierć dosłownie stała nad żołnierzami Armii Andersa i polskimi cywilami jeszcze przez długi czas po opuszczeniu ZSRS – choćby w takim znaczeniu, że po przedostaniu się na południe zamiast mrozu zagrażały ich wycieńczonym organizmom epidemie malarii, czerwonki czy tyfusu. Ale i tak Anders miał rację: żołnierzy i cywilów trzeba było ewakuować, bo inaczej masowo umieraliby z głodu.

Ograniczanie racji żywnościowych nie było sprawą logistyki, tylko braku dobrej woli. Jestem przekonany, że gdyby Kreml zapewnił taką ilość żywności, która wystarczała tylko dla żołnierzy, to dla nich nie byłoby problemem podzielenie racji także pomiędzy cywilów. Tym bardziej, że to byli często członkowie rodzin – ich matki, żony i dzieci.

Jaki Stalin miał interes w tym, żeby trzymać polskie wojsko na terytorium sowieckim, a jednocześnie go nie karmić?

Bez wątpienia istotna była sama potrzeba pokazania, kto tutaj rządzi – o tym, co się dzieje z polskim wojskiem na terytorium sowieckim, miał decydować wyłącznie on. Jeszcze w 1941 r. udzielanie Polakom choćby symbolicznej pomocy było z punktu widzenia Stalina racjonalne – wszak nadal mogli mu być potrzebni na froncie, bo fortuna wojny w tym czasie chyliła się na stronę niemiecką. Natomiast w miarę jak sytuacja na froncie się stabilizowała, Armia Andersa przestawała być Stalinowi potrzebna.

Gruzin zdawał sobie też sprawę, że chociaż kilka dywizji Andersa na tle sowieckiego potencjału militarnego to niewiele, to jednak gdyby pozwolić temu wojsku „wrócić” do Polski od wschodu, to ono momentalnie scaliłoby się w jakiś sposób z Armią Krajową i rozrosło do stanu np. dwóch armii. I w ten sposób Stalin na terytorium, które zamierzał sobie podporządkować, miałby do czynienia z silnym, dobrze wyszkolonym wojskiem, którego nastawienie nie byłoby, delikatnie mówiąc, prosowieckie. NKWD i władze z komunistycznego nadania nie poradziłyby sobie z taką siłą zbrojną tak łatwo, jak się rozprawiły z polskim podziemiem w roku 1944 i później.

Kiedy okazało się, że Brytyjczycy potrzebują dodatkowych sił na południu – w Iranie, Iraku i Palestynie – a Anders coraz bardziej stanowczo mówił o ewakuacji, Stalin tylko grał rolę rozgniewanego i zniecierpliwionego. Zgoda na tę ewakuację nie była z jego strony żadnym ustępstwem, bo w istocie wypchnięcie Polaków w tamtym kierunku było mu na rękę.

W którym momencie od realnego wzięcia udziału w walce żołnierze i oficerowie Armii Andersa zdają sobie sprawę, że biją się już w zasadzie w cudzej wojnie?
Wydaje mi się, że podejrzewali to już w roku 1944 i to przed bitwą o Monte Cassino, bo przecież konferencja w Teheranie rezonowała echem komentarzy polityków koalicji.

W styczniu’44 Armia Czerwona przekroczyła przedwojenne granice Polski na wschodzie. Anders próbował się „dobijać” u Brytyjczyków o bardziej zdecydowane stanowisko w kwestii granic i sowieckiej polityki faktów dokonanych, ale już po Jałcie klimat rezygnacji był wyczuwalny. Oczywiście w powietrzu wisiało pytanie: czy walczyć dalej? To była sytuacja bez dobrego wyjścia. Anders uznał, że opuszczenie frontu w klimacie skłócenia z całym światem byłoby polityką nieodpowiedzialną i Polska nic by na niej nie zyskała.

Był w tym pewien paradoks: 2. Korpus Polski w ostatnich tygodniach wojny był silniejszy niż kiedykolwiek wcześniej – dzięki rekrutacji oswobodzonych jeńców, byłych żołnierzy Wehrmachtu narodowości polskiej. Walki o Bolonię, w których Korpus wziął udział, to już nie był bój o wolną Polskę, ale wyłącznie o dobicie Rzeszy u boku aliantów.

Podtytuł tej książki jest chyba trochę mylący. „Odyseja” zakłada jednak jakiś szczęśliwy finał.

Rzeczywiście – tu żadnego happy-endu nie było. Symboliczne było niedopuszczenie Polaków do udziału w londyńskiej Paradzie Zwycięstwa w 1946 r. Ci żołnierze Armii Andersa, którzy zdecydowali się wrócić po wojnie do Polski, spotykali się z represjami: więzieniem, torturami, czasem wyrokami śmierci czy wywózką. Dla całej reszty pozostanie na obczyźnie, na ogół do końca życia, było nie wyborem, lecz gorzkim przymusem.

Anders jeszcze w 1948 r. liczy na wybuch III wojny światowej. Jak powszechne jest to oczekiwanie choćby wśród innych polskich oficerów?

Generał Maczek twierdził, że ci najwyżsi rangą święcie wierzyli w taki scenariusz. Można zauważyć taką tendencję, że ci wojskowi, którym z uwagi na rangę bliżej było do świata polityki, mamili się mirażem przyszłego konfliktu, kompletnie nie dostrzegając, że w Waszyngtonie żadnej chęci do następnej wojny nie ma, a tym bardziej w Londynie. Społeczeństwa USA i Wielkiej Brytanii były wojną mocno wyczerpane. ZSRS natomiast trawił – dosłownie i w przenośni – społeczeństwa zwasalizowanych państw.

Chciałbym przypomnieć wypowiedź polskiego asa pancernego Bohdana Tymienieckiego: „Wojna się skończyła, w drugą nikt z nas młodszych nie wierzy”. To jest dowód na to, że młodsi polscy oficerowie oceniali powojenne realia międzynarodowe znacznie trzeźwiej niż ich dowódcy.

Rozmawiał: Mateusz Zimmerman

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Kontynuując przeglądanie tej strony, domyślnie akceptujesz użycie ciasteczek tzw. cookies. więcej...

Ustawienia cookie na tej stronie są ustawione domyślnie na "zezwalaj na pliki cookie", aby dać Ci najlepszy sposób przeglądania z możliwych. Jeśli w dalszym ciągu korzystasz z tej strony, bez zmiany ustawienia plików cookie lub klikając na przycisk "Akceptuję", wyrażasz na to zgodę.

Zamknij